Challange Poznań 2015 – relacja z imprezy

malta

Wczoraj brałem udział w Challange Poznań dystans średni. Przed rozpoczęciem sezonu w tej imprezie upatrywałem swojej szansy na zrobienie dobrego wyniku i pod nią planowałem cały sezon. Jeśli czytacie bloga, to wiecie, że nie do końca wszystko wyszło. Długo zastanawiałem się jak to będzie startować po chorobie, bo byłem po niej mocno osłabiony, ale w ciągu ostatnich dni przed imprezą siły szczęśliwie wróciły – pytanie było czy baza wyrobiona wcześniej pozwoli dobrze pojechać całe zawody. Po cichu więc planowałem atak na 5:30, a cel minimum wyznaczyłem sobie na 5:40.

Niestety prognozy przed zawodami nie napawały optymizmem – zapowiadany był silny wiatr 30km/h + podmuchy do 60km/h. Liczyłem jednak, że prognozy się nie sprawdzą. W dniu zawodów zaraz po wstaniu wyjrzałem przez okno… niestety sprawdziły się. Drzewa na zewnątrz pięknie tańczyły na wietrze. I tyle jeśli chodzi o moje 5:30 😉

Od rana odwiedziłem strefę zmian aby wstawić w niej worki z akcesoriami na poszczególne etapy i udałem się na strefę startu. Na miejscu odegrano hymn i uczczono minutą ciszy kolegę, który dzień wcześniej zmarł podczas zawodów. Minuta ciszy wywarła na mnie niesamowite wrażenie – nagle cała Malta zamarła i słychać było tylko szeleszczące na wietrze flagi. Miło, że ktoś pomyślał o takim pożegnaniu dla kolegi.

Tymczasem wiatr nie odpuszczał – pierwszy raz widziałem na Malcie fale. Startowałem w 3. fali. Niestety startu nie będę miło wspominał. W tym roku organizator wzdłuż startu postawił plastikową „bandę”, która uniemożliwiała rozpłynięcie się zawodnikom. Skończyło się dla mnie masakryczną pralką – kilka razy dostałem ręką w głowę, raz zostałem kopnięty w twarz (w zasadzie bardziej muśnięty w policzek), a ile razy ktoś mi się uwiesił na nogach/pasie nawet nie liczę. Ogólnie pierwsze 100m to była walka o życie kraulem ratowniczym. Potem już płynęło się pięknie. Co prawda fala byłą na prawdę wysoka, a organizator na całym dystansie postawił tylko 2 boje, ale oznaczenia toru regatowego ułatwiały nawigację. Udało mi się nawet dogonić niedobitki z poprzedniej fali. Po Sierakowie zmieniłem sposób pływania w piance na flutter kick (wreszcie udało mi się zsynchronizować nogi z rękoma w pływaniu na 3) i przynosiło to dobre efekty.

Dlatego też na wyjściu z wody przeżyłem wielki szok, gdy okazało się, że popłynąłem w 45 minut… Liczyłem, że będę w granicach 40 minut. Dopiero analizując wyniki pływania okazało się, że mój czas wcale nie był zły i plasował mnie zaraz za pierwszą połówką. Ogólnie tego dnia chyba nikt nie był zadowolony z pływania – ciekawe tylko co na to wpłynęło, bo fala moim zdaniem nie utrudniały aż tak bardzo pływania, a trasa raczej była dobrze zmierzona… Reasumując jak na swoje możliwości z pływania jestem w miarę zadowolony mimo początkowego rozczarowania.

Dalej była strefa zmian, która chyba przejdzie do historii, bo dzięki niej w Poznaniu już życiówka padać nie będą. na początek kilkaset metrów dobiegu pod stromą górkę (podobno 350m, ale nie sprawdzałem), następnie strefa workowa i namiot do przebierania się i dalej ogromna strefa rowerowa. Zaraz za strefą belka pomiarowa i… kolejne ~200-300m, które wlicza się już do czasu roweru (x2 bo jeszcze jest taki sam powrót). W T1 spędziłem niespełna 6 minut, ale razem z dobiegami było to jakieś ~10 minut.

Rower to była moja największa obawa tego dnia – wiedziałem już, że wróciła szybkość (oczywiście jak na mnie 😉 ), ale bałem się strasznie jak zniosę kondycyjnie ten odcinek, zwłaszcza że wiało już bardzo mocno. Pierwsza 25km było z wiatrem, więc można było sobie trochę odpocząć i przygotować się do katorgi powrotu pod wiatr. Średnie z tego odcinka była kosmiczne. Zaraz po nawrotce zaczęła się walka o życie. Mimo ciężkiej pracy licznik pokazywał śmieszne prędkości. O dziwo jednak czułem się świetnie, a energii dodawało wyprzedzanie kolejnych zawodników. Oczywiście byłem także wyprzedzany, ale do tego już przywykłem po Sierakowie 😉

Na powrocie czekała również miła niespodzianka. Mój kolega tego dnia jechał w wozie z tablicą wyników przed liderem wyścigu. Nie omieszkał zagrzać mnie do walki. Mam też z tej przyczyny super zdjęcie jak walczę ramię w ramię z późniejszym zwycięzcą wyścigu… Niestety tego dnia musiałem uznać wyższość Barta, ale Marcin zaświadczy, że walczyłem dzielnie dobre 5-10s 😉

bart

I tak o dziwo pierwsze kółko zakończyłem w bardzo dobrej formie jak na okoliczności. Początek drugiego pojechałem bardziej asekuracyjnie, bo wiedziałem, że ostatnie 20km będzie bolało. Cóż nie pomyliłem się – albo miałem już mniej sił, albo wiało mocniej bo mięśnie piekły niesamowicie. Najgorsze były silne podmuchy, które każdą próbę rozpędzenia do normalnej prędkości pacyfikowały i trzeba było co chwilę się rozpędzać ponownie. Niemniej zważywszy na okoliczności etap rowerowy kończyłem w zaskakująco dobrej formie. Jeszcze bardziej zaskakujący był czas przejazdu – wychodzi mi, że po odliczeniu nieszczęsnych dobiegów wliczonych w czas roweru musiałem jechać około 32km/h, czyli tyle ile sobie zakładałem na jazdę w dobrej pogodzie.

rower

T2 również była dość długa – mi zmiana zajęła 4 minuty, bo musiałem wpaść za potrzebą. Na początku biegu tradycyjnie już złapała mnie kolka, ale na szczęście szybko odpuściła i nie miała żadnego wpływu na wynik. Dość szybko wszedłem na założone tempo czyli 5:15 na pierwszym kółku i musiałem się hamować, żeby nie przyspieszać.  Docelowo chciałem powalczyć o złamanie 1:50 na odcinku biegowym (21,4km). Niestety rower dał o sobie szybko znać – już od początku wiedziałem, że będzie trudno bo nogi były „ciężkie” po walce z wiatrem – w okolicach 3km przyszły pierwsze oznaki zmęczenia, ale starałem się trzymać tempo na 1:50. Udawało się do końca drugiego kóła, gdzie musiałem niestety trochę zwolnić.  Całą trasę musiałem ze sobą walczyć, aby nie przejść do marszobiegu. Widziałem, że jak raz sobie odpuszczę, to już nie będzie odwrotu, więc przystawałem tylko na punktach odżywczych, żeby się napić. Na biegu zabrakło mi też niestety cukrów – na każdym punkcie poczynając od trzeciego kółka musiałem zjadać kawałek pomarańczy – cytrusy ratowały sprawę. Co prawda pewnie niewiele z tego dałem radę strawić, ale skutecznie oszukiwały mózg.

Ostatnie kółko zaczęło się tak jak trzecie, czyli wielka walka z bólem nóg, ale w drugiej połówce postanowiłem jeszcze coś z siebie wykrzesać i ostatnie 2-2,5km przebiegłem w tempie 5:15-5:00 – bolało strasznie. Bieganie długich dystansów na triathlonach jest dla mnie nowością, ale mam taką teorię, że 90% wyniku w drugiej części biegu tkwi w głowie i odporności na cierpienie.

januszNa biegu do boju zagrzewała mnie rodzina, a teść tak wczuł się w klimat imprezy, że na każdym okrążeniu przebiegał ze mną z 200-300m 😉

Wreszcie na horyzoncie pojawiła się meta – tradycyjnie wbiegaliśmy razem z Olą. Czas końcowy biegu 1:53, a całe zawody ukończyłem w 5:42 (tu przepraszam wszystkich, których okłamałem na mecie, że mam 5:38 – coś się w rachunkach pomyliłem z tych wrażeń, a w t2 zmieniłem zegarek na biegowy 😉 ). Z jednej strony nie zrealizowałem celu minimum, ale z drugiej trochę nie doszacowałem strefy zmian i walki z wiatrem. Pozycja 550 w open też pokazuje, że były to trudne zawody, bo mimo słabego czasu miejsce w okolicach połowy stawki jak najbardziej mnie zadowala. Tak więc ostatecznie z wyniku jestem dość zadowolony, zwłaszcza, że dał mi on dość wysokie miejsce, bo w okolicach połowy stawki. Szczególnie zadowolony jestem z roweru bo tu widzę progres. Pływanie i bieg jak na ten dzień też nie poszły mi źle. Uczciwie jednak muszę przyznać, że nawet w sprzyjających okolicznościach 5:30 w tym sezonie było poza moim zasięgiem. Wakacyjna część przygotowań poszła po prostu źle i myślenie o 5:30 było bardziej w fazie życzeniowej. Na starej trasie Poznania i w dobrych warunkach pewnie skończyło by się w granicach 2:32-2:35.olanamecie

Co do samej imprezy, to Challange okazał się bardzo przyjazny dzieciom. Nie dość, że prezydent miasta uścisnął rękę małej, to w strefie nikt nie robili problemu, że Ola zjadła kawałek ciasta, czy napiła się wody. Nawet udało się wyłudzić dodatkowego loda 😉

Z miłych akcentów – na trasie biegowej poznało mnie 2 kolegów z forum i kolejny w strefie finiszera (mam opisane nickiem spodenki) – wymieniliśmy kilka słów. Fajnie, że podeszliście bo miło zawsze poznać kogoś kogo kojarzy się tylko z nicka.

W kwestii organizacji uczucia mam mieszane. Mimo wejścia Challange wiele się nie zmieniło, bo trudno było coś radykalnie ulepszyć w tak dobrze zorganizowanej imprezie jak Poznań. Pojawiają się nawet głosy, że pierwszy dzień nie obył się bez kilku wpadek. Na pewno było trochę więcej przytupu, ale nie wiem czy to zracjonalizuje ewentualne podniesienie wpisowego do standardowych stawek Challange.

Comments

  1. Author Image By tomeus

    Odpowiedz

    • Author Image By Marcin

      Odpowiedz

      • Author Image By tomeus

        Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *