Otwarcie sezonu na Triathlon Lubasz 2017 – 1/8IM

Wczoraj rozpocząłem sezon 2017 w Lubaszu, pora więc kilka słów napisać. Start wyszedł słodko-gorzko i dziwnie, ale o tym za chwilę.

Oczekiwania

Co do startu nie miałem wielkich oczekiwań. Po pierwsze ten rok to trening w kratkę. Trudno jest mi pogodzić treningi z życiem rodzinnym i pracą. Ten sezon założyłem sobie jako „przejściowy” i taki jest. Choć udało się kilka tygodni zrealizować zgodnie z planem, to niestety średnia tygodniowa wypada w okolicach 4h (mam wiele tygodni z 1-2 treningami)… No szału nie ma, więc i oczekiwania nie były wielkie.

Drugi problem – ciągle męczy mnie noga. Jest już lepiej, ale w tym sezonie postanowiłem postawić na zdrowie i biegam tylko jak nic nie boli… czyli mało. Średnia tygodniowa to 7km symulacji biegu crossowego na bieżni.

Wydawałoby się, że jest to obraz tragedii, ale o dziwo cyfry mówią co innego. Ftp na rowerze rośnie, pływam szybko jak nigdy, a w biegu tlenowym (innego nie robię) czuję się super lekko. Zapaliło się więc światełko nadziei na przyzwoity wynik.

Na minus w klasyfikacji na pewno w moim przypadku działa termin zawodów oraz trasa – w maju jestem w najgorszym etapie przygotowań jeśli chodzi o starty, a na trasach, gdzie zmienia się mocno poziom wysiłku nigdy nie radzę sobie dobrze w stosunku do konkurentów. W zeszłym roku na wszystkich innych zawodach wypadałem w granicach 15% stawki, a w Lubaszu byłem w okolicach 40%… Zawody traktuję więc jako przetarcie i za wiele sobie po nich nie obiecuję (boszz kogo ja próbuję oszukać).

Warunki w dniu startu

Pogoda jaka jest każdy widzi. Zdecydowanie zapowiadał się najtrudniejszy start w mojej „karierze” jeśli chodzi o warunki pogodowe. Temperatura wody w dniu startu wg organizatora wynosiła 11 stopni. Było dość chłodno (9 stopni), ale w sumie mogło być gorzej. Wreszcie było wilgotno – od dwóch dni ciągle padało, przestało dosłownie 1,5h przed naszym startem. Trasa kolarska była oczywiście mokra (co nie wróżyło dobrze jeśli chodzi o zjazdy), a na trasie biegowej było po prosto grząsko (trasa crossowa) i mokro. Trudno było liczyć na szybkie zawody, jedynym sensownym wyznacznikiem było więc miejsce w stawce, bo warunki są równe dla wszystkich.

Start

Na miejscu pojawiłem się godzinę przed startem. Pakiet odebrał mi wcześniej sąsiad, więc skierowałem się prosto do strefy, wszystko ładnie rozstawiłem, ale nie starczyło już czasu aby iść do depozytu, więc w strefie zostawiłem cały plecak z rzeczami – skrzynka wypchana po brzegi 😉 (#JanuszTriathlonu)

Po strefie udałem się na szybkie wejście do wody. Przed startem żona widząc co się dzieje w wodzie zakupiła mi w Decathlonie rękawiczki i butki neoprenowe (czepek kupiłem już wcześniej). Wejście w takim zestawie do wody 11 stopni… cóż było mi cieplej niż przy kąpieli w 15 stopniach bez tych gadżetów. Uczucie pływania z tymi gadżetami dziwne – zastanawiałem się czy nie zrezygnować, ale stwierdziłem, że pewnie to tylko odczucie i nie będzie tak źle, a lepiej ukończyć niż wycofać się w połowie ze względu na zimno.

Po mojej zwyżce formy pływackiej bez kompleksów ustawiłem się w pierwszej linii, wiedziałem, że będzie dobre pływanie – szykowałem się na miejsce w pierwszej 20. (na starcie pojawiło się około 100 zawodników). Start – ruszyłem ochoczo, dobry wbieg do wody, skok… i odprowadziłem wzrokiem konkurentów. Dosłownie jakbym zatrzymał się w miejscu. Przy dużej szybkości rękawiczki stawiały ogromny opór w wodzie – zupełnie jak łapki, tylko nie dawały przyspieszenia jak łapki. Butki… dramat – próba kopania przez pierwsze 50m spowodowała zakwaszenie czwórek – jakbym miał reklamówki na stopach. Ludzie płynęli do przodu, a ja walczyłem z materią. Po 2 minutach postanowiłem spróbować żabki… jeszcze gorzej. Butki zupełnie uniemożliwiały kopnięcie do żaby. Przy pierwszej bojce byłem spocony z wysiłku – a miało być zimno w wodzie 😉

Potem poszedłem na sposób – jedyne co działało w tych warunkach to wolne płynięcie bez wyleżenia i zupełny brak pracy nogami (każdy ruch nogą powodował zatrzymanie w miejscu). Z boku musiało to wyglądać komicznie, ale tylko tak dało się jakoś płynąć w tym zestawie – nawet zacząłem powoli wyprzedzać tych najgorzej pływających. Każda próba przyspieszenia powodowała niestety odwrotny skutek.

I tak z wody wyszedłem bodaj w czasie 10:13 (pływanie było trochę dłuższe, bo wynik w granicach 9:00 dawał 20% stawki). Miejsce po pływaniu 37. Dramat i chęć zakończenia zawodów. Dość powiedzieć, że sąsiad z którym pływam na basenie (mamy porównywalne czasy na teście 400m – obecnie wyprzedza mnie chyba o 15-20 sekund) włożył mi minutę na pływaniu… a płynął żabką, bo był to jego pierwszy start OW i nie dał rady płynąć kraulem… Muszę skubańca następnym razem w wodzie wyprzedzić, bo mi dogryza od wczoraj przy każdej okazji 😉

Strefa – zgodnie z założeniem, postanowiłem że w strefie zupełnie się nie spieszę – wycieram się do sucha, ubieram porządnie na rower, bo na tych zawodach nie walczę o miejsce. Po pływaniu ogólnie już entuzjazm opadł i plan na strefę zrealizowałem do bólu skutecznie – spędziłem w niej jakieś 1,5 minuty dłużej od średniej i jakieś 3 minuty dłużej od najlepszego zawodnika.

Rower – zastanawiałem się czego się spodziewać. Ale poszło dość fajnie. Od początku narzuciłem tempo w oparciu o puls (jechałem testowo bez licznika i chyba przy tym zostanę). Zacząłem od jazdy w okolicach 160 bpm i powoli dochodziłem do założonej wartości przelotowej około 170bpm (na dworze próg oceniam na 166-168bpm obecnie). Jechało się równo i bez zrywów. Myślę, że wyszło trochę asekuracyjnie, ale mogło to być złudne. Na pewno po pływaniu w takich warunkach mięśnie potrzebują sporo czasu by dojść do siebie. Trasa oczywiście bardzo trudna – ciągle góra dół, ze słynnym podjazdem w okolicach Czarnkowa. Na zjazdach jechałem dość asekuracyjnie, bo było ślisko – nie chciałem ryzykować.

Na trasie miałem kilka opóźnień – po pierwsze kolega na czasówce, które nie chciał się dać wyprzedzić i jak tylko go wyprzedzałem to przyspieszał i wyprzedzał mnie, a jak jechałem za nim to zwalniał i musiałem zwolnić i ja, żeby nie draftować. Udało mi się go pozbyć po jakichś 5km na podjeździe w Czarnkowie. Drugie opóźnienie wynikało z kiepskiego oznaczenia nawrotki. Akurat w to miejsce wpadłem sam i nie miałem za kim jechać. Zwolniłem do 10km/h i zacząłem się rozglądać… Ostatecznie uznałem, że na nawrocie trzeba wybrać tą samą drogę, którą wjechałem i na szczęście tak było trzeba zrobić, ale nawet jadąc już po nawrotce jechałem powoli i się rozglądałem, czy zrobiłem dobrze.

Podobnie było na zjeździe z trasy – znów brak oznaczeń, w tym belki , gdzie należy zsiadać z roweru(na zdjęciach widzę, że rolę belki pełniła mata, ale nie było przy niej tradycyjnego sędziego z gwizdkiem i flagą) – zsiadłem na wyczucie.

Jak się okazało był to 25. wynik roweru. Czyli jak na mnie bardzo dobrze, bo rok temu na tej trasie byłem dopiero w okolicach 40% stawki. Z roweru jestem zadowolony – pierwszy raz nie ujechałem się na górkach, pojechałem rozsądnie i bez szaleństw – w granicach optimum. Myślę, że na płaskich trasach w tym roku będę sobie dobrze radził, jeśli tak pojadę.

Dalej dobieg do strefy… stopy na rowerze przemarzły i bieg na boso po prostu bolał. Po ubraniu butów zero poprawy – nogi sztywne i każdy krok powodował na początku ból. Dopiero po 1-2km odzyskałem czucie. Tempo jakie sobie założyłem to 4:10… Zupełnie z kapelusza – po prostu miałem nadzieję, że uda się trzymać. Po 1km wiedziałem, że się nie uda. Nie wiem co było powodem – przemrożone mięśnie, grząska trasa czy po prostu brak formy biegowej. W każdym razie biegło się fatalnie. Nadal udawało mi się wyprzedzać, ale przychodziło to z wielkim wysiłkiem. Na ostatnim kilometrze stoczyłem super walkę z kolegą, który biegł zdecydowanie szybciej i powoli mnie doganiał. Postanowiłem nie odpuszczać i jakoś dowiozłem prowadzenie, ale na zdjęciu powyżej widać, że niewiele brakowało. Niestety bieg całościowo wyszedł fatalnie tempo ponad 4:30… Dawno tak wolno nie biegałem. Częściowo można to tłumaczyć warunkami, ale one były równe dla wszystkich. Miejsce w stawce 33. – nie przypominam sobie zawodów, gdzie byłbym tak nisko w klasyfikacji biegowej…

Całościowo zakończyłem zawody na 27. pozycji na około 100 startujących. Realistyczny scenariusz zakładał okolice 20% miejsca, optymistycznie liczyłem na 15% stawki. 20% było jak najbardziej osiągalne – analizując wyniki, wystarczyło popłynąć zgodnie z planem i wyjść ze strefy w granicach średniej. Było to do zrobienia, gdyby nie błędy/podejście. 15% stawki tego dnia było poza zasięgiem.

Wnioski ze startu

Ogólnie jak już pisałem na początku start słodko gorzki. Cieszy, że dałem radę w tych warunkach popłynąć. Bardzo źle reaguję na zimno i bałem się tego startu.

Pływaniu w akcesoriach neoprenowych mówię nie – pewnie gdybym miał prawdziwy sprzęt pływacki a nie surfingowy (i do tego za duży) to odczucia byłyby inne, ale taki sprzęt kosztuje worek złota – szkoda kupować na maksymalnie 1 start w roku. Akcesoria neoprenowe są dość zabawną sprawą – mam wrażenie, że wolnego pływaka (takiego 2:00-2:10) nie używającego nóg by specjalnie nie spowolniły, ale próba płynięcia „sportowego”, czyli takiego z przyzwoitą kadencją, wsparciem rotacji nogą itd. kończy się katastrofą.

Szkoda, że nie udało się przetestować pływania, ale chyba jest lepiej. Rok temu wypadałem w granicach 33-35% stawki na pływaniu, a tutaj mimo akcesoriów oporowych wyszedłem poniżej 40%. Gdyby nie walka z materią na początku, pewnie nawet i w 1/3 stawki bym się załapał. Myślę, że założenie bycia w 20% było całkiem realne.

Z roweru jestem zadowolony – zrobiłem co było do zrobienia, wyszedł fajny benchmark do przyszłych jazd, bo wreszcie udało się pojechać z równo i z głową. Na tego typu trasach zawsze wypadam fatalnie jeśli chodzi o miejsce, a tutaj udało się nawet załapać na miejsce w granicach godności. Jeśli w tym roku o tyle lepiej będzie wychodziła jazda na płaskim, to będzie dobrze. Myślę, że zadomowię się w 10% kolarzy na płaskich trasach.

Bieganie – tu niestety gorzka część historii. Póki co jest znacznie gorzej niż rok temu. Mam nadzieję, że to tylko wypadek przy pracy spowodowany przez przechłodzenie, ale obawiam się, że zaległości biegowe wychodzą i w tym roku bieganie będzie trudne.

Jedno dobre, że chociaż sąsiada wyprzedziłem, bo by miał używanie 😉

 

 

Comments

  1. Author Image By KIKER Z TRIPAKI

    Odpowiedz

    • Author Image By Marcin

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *