Sieraków 2014 – debiut na 1/4IM

Swój debiut miałem na imprezie w Sierakowie w 2014r. Zdecydowałem się na tę imprezę z kilku powodów. Po pierwsze odbywała się ona na początku sezonu, więc w razie niepowodzenia miałem jeszcze dwa miesiące na korektę błędów przed Poznaniem.

Drugim powodem były bardzo dobre opinie o imprezie. Praktycznie każdy uczestnik wyrażał się o Sierakowie pozytywnie. W końcu debiut musi być z przytupem xD

Problemy zaczęły się już na etapie szukania noclegu… Kto by pomyślał, że w małej miejscowości turystycznej, do której nagle, na początku, sezonu przyjeżdża ponad 1000 triathlonistów z rodzinami, może nie być miejsc noclegowych. Lekcja nr 1: noclegi rezerwujemy ze sporym wyprzedzeniem. Na szczęście Gosia, moja żona, znalazła miejsce noclegowe w miejscowości Góra. Spaliśmy w kameralnym wiatraku przerobionym na pokoje noclegowe. Szczególnie zadowolona była Ola, moja córeczka, której wyraźnie ta miejscówka odpowiadała. Mi już trochę mniej, bo do ośrodka miałem ~10km z czego połowa drogami polnymi. Jak się potem okazało tę trasę musiałem pokonać w ciągu weekendu kilkukrotnie.

Sam Sieraków bardzo nam się spodobał – aż dziwne, że mieszkamy tak blisko, a nigdy wcześnie tu nie byliśmy. Piękne tereny, chyba tworzone z myślą o triathlonie.

Mój start przypadał w niedzielę, ale w Sierakowie byliśmy już w piątek w południe. Na miejscu umówiłem się z kolegą z forum na wspólne pływanie. Do tej pory pływałem w wodzie otwartej chyba raz albo dwa, więc miałem uzasadnione obawy przed tym etapem. Marcina nie znałem kompletnie, po prostu zamieścił post na forum, że chętnie z kimś popływa, więc się podłączyłem. Jak się okazało była to świetna decyzja, bo nasza znajomość wyszła daleko poza ten jeden start.

Z Marcinem umówiliśmy się wczesnym popołudniem. Dołączył się do nas jeszcze jeden kolega z innego forum – Adam. Nie znałem zbyt wielu triathlonistów, dlatego gdy na plaży zobaczyłem Marcina zacząłem się bać o swój debiut. Ja taki  chuderlawy a naprzeciwko stoi wielki koleś z obwodem bicepsa równym obwodowi mojego uda… Nawet nie będę pisał co sobie w duchu pomyślałem – powiedzmy, że było to „co ja tutaj robię”.

Chwilę porozmawialiśmy na plaży, każdy opowiadał jakim to jest marnym pływakiem, założyliśmy nasze pianki i zaczęliśmy pływanie. Okazało się, że z moim pływaniem nie jest tak źle. Z Adasiem byliśmy na równym poziomie, Marcin o dziwo pływał fatalnie. Sorry Marcin, jeśli to czytasz xD Jak się okazało, Marcin w najbliższych miesiącach miał robić kolosalne postępy w pływaniu i w naszym ostatnim wspólnym starcie w Przechlewie do T1 przypłynęliśmy prawie równo.

Z chłopakami umówiliśmy się na wspólny objazd trasy rowerowej i przetruchtanie trasy biegowej. Ogólnie fajnie się dogadaliśmy i mieliśmy podobne oczekiwania czasowe, więc tym bardziej pojawiła się żyłka zdrowej rywalizacji.

Kibic z SierakowaNastępnego dnia przyszedł czas zawodów na dystansie HiM – postanowiliśmy wspólnie pokibicować. Zrobiła się z nas spora grupka, bo każdy z kimś przyjechał. Pierwsze wrażenie po przyjściu nad jezioro – daleko te boje… Człowiek, pływając na basenie, nie uświadamia sobie do końca, jak wygląda dystans 2km na wodzie. Kibicowanie wyszło wspaniale – każdy bawił się świetnie, a Ola przeszła sama siebie. Przez 7-8 godzin biegała jak nakręcona. Na etapie biegowym co chwila zawodnicy parskali śmiechem widząc dwulatkę wrzeszczącą „dafaj dafaj” xD

Noc przed startem była ciężka – myśl o pływaniu nie dawała mi spać. Tego etapu bałem się bardzo. Mimo braku snu następnego dnia wstałem bardzo wcześnie naładowany energią. Małe śniadanko i w drogę na start. Na starcie czekał tłumek kibiców, oprócz Gosi, Oli i towarzyszek zapoznanych kolegów, zameldowali się także dziadkowie. Był też transparent „Tata mistrzem świata” – super motywacja. Na starcie spotkałem też Roberta, z którym katowaliśmy pływanie na basenie.

DSC_0161-resizedMała rozgrzewka w wodzie i start. Dziwnym trafem po ustawieniu się na linii startu nabrałem pewności siebie – pewnie to efekt muzyki przygrywającej do startu i buzującej adrenaliny. Start miałem przemyślany – stałem z boku, raczej bliżej końca stawki – swój czas szacowałem na 22-24 minuty.

Armata wypaliła, wszystkie obawy zniknęły i zaczęła się walka. Szło świetnie. Wybrałem dobre miejsce startu, uniknąłem mitycznej „pralki”, której się tak obawiałem. Zacząłem płynąć równo – dobrze, bardzo dobrze, trzeba zacząć wyprzedzać. I nagle bum – po 200-300m dostałem kopniaka od żabkarza, którego próbowałem wyprzedzić. Kopniak nie był specjalnie bolesny, ale okularki nabrały wody, co jest problemem, gdy nosi się soczewki. Każda próba spuszczenia wody kończyła się napłynięciem na mnie przez kolejnych zawodników. Źle… bardzo źle. W końcu poddałem się i zacząłem płynąć żabką, której nie trenowałem. W piance nie jest to prosta sprawa.

W myślach zaczynam kląć – zawodnicy z przodu uciekają mi coraz dalej. Ogarnia mniePoczątek pływania wściekłość – w tak głupi sposób zmarnowałem sobie debiut. Z wody wyjdę ostatni – pół roku nauki kraula i taki obciach. Nie tak miało to wyglądać. Z tymi myślami biłem się przez cały dystans pływacki patrząc, jak uciekają mi zawodnicy z czołówki, a za sobą widząc pojedyncze czepki.

Wreszcie wyjście z wody – zerkam na zegarek… Świetnie, uszczelka nie była szczelna i szybka zaparowała, ale chyba widać 20:30 sekund… Niemożliwe. Spoglądam za siebie – w wodzie jeszcze bardzo wielu zawodników. Lekcje z pływania:

  1. Przetrenować osuszanie okularków, teraz już wiem jak to zrobić prawidłowo i szybko
  2. W wodzie nie widać zawodników płynących za Tobą, więc masz wrażenie, że jesteś ostatni

Po pływaniu euforia. Dobry humor wraca momentalnie – teraz już będzie tylko lepiej. Niestety płynięcie żabką dało nieźle w kość nogom, co odczułem już na podbiegu do strefy zmian (500m pod stromą górkę). Kibice jednak zagrzewają do walki. Widzę uśmiechniętą Gosię i Olę. Jak się później okazało w naszej turze miała miejsce akcja ratunkowa na sygnale i z wody wyciągano zawodników. Gosia popłakała się z emocji, nie wiedząc co się dzieje…

Sieraków rowerowoWbiegam do strefy, szybka zmiana i ruszamy z Kryśką na trasę. Plan złamania 3h staje się bardzo realny. Trasa rowerowa idzie świetnie. Na płaskim utrzymuję pozycję, pod górki wyprzedzam. Adrenalina narasta, ale czołówka z drugiej tury ściąga mnie na ziemię – po 20-30 minutach zaczynają mnie wyprzedzać chłopaki na czasówkach. Kiedyś też będę miał taki rower i tyle pary w nogach. Na razie walczę w swojej lidze. Na trasie wielu kibiców. Ttrasa jest trudna, zwłaszcza dla kogoś, kto nie ma ani jednej górki w okolicach domu, ale idzie dobrze. Dojeżdżam do końca drugiej pętli. Zakładany czas 1:30 – zegarek pokazuje 6 minut mniej. Jest świetnie. Zostało 10,5km biegu i ponad godzina czasu – złamanie 3h to już tylko formalność. Zeskakuję z roweru … nogi się pode mną uginają. Już wiem, że rower był za mocny, jak na moje możliwości.

Na dobiegu do strefy zmian dodatkowo łapie mnie kolka. Czułem ją już na rowerze, ale nie sprawiała mi większego problemu – w strefie mam kolkowy kryzys. Na szczęście w czasie przebierania i ~30 sekund postoju kolkę udaje się opanować. Ruszam przez stadion na trasę biegu – kibice ciągle dają radę, słyszę jak rodzina mi kibicuje. Siły wracają – zaczynam biec. Wybiegam ze stadionu w lasek, szybki punkt żywieniowy – biorę tylko wodę i gąbkę. Mam trochę ponad godzinę na ukończenie trasy – nie jest dobrze, ale dam radę – w końcu to tempo luźnego wybiegania.

W lasku wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy – jest wielki kryzys, nogi ważą tonę, wraca kolka, nie mogę zmusić się do szybszego biegu… Teren nie ułatwia sprawy ciągłe zmiany nawierzchni i nachylenia – biegnie się ciężko… bardzo ciężko. Pojawiają się czarne myśli, ale szybko je odganiam – nie po to trenowałem, żeby skapitulować na ostatniej prostej. Czas biegu jest fatalny – chyba nie złamię tych 3h. Nie wiedziałem, że potrafię biec tak wolno, ale staram się, naprawdę się staram.

Kończę pierwszą pętlę. Słynna serpentyna – nie daję rady wbiec, ale… jest Dorota, żona Marcina. Zaczyna na mnie wrzeszczeć nie przebierając w słowach. Zaczynam biec, wbiegam na stadion – wiem, że jest źle, jeśli nie przyspieszę nie złamię 3h. I wtedy coś się odblokowuje, na stadionie odzyskuję siły, jeszcze tylko nieco ponad 5km. Zaczynam łapać rytm – znów Gosia z Olą i dziadkami zdzierają gardło. Zaczynam biec luźniej, zatrzymuję się tylko na punktach żywieniowych… Zaczynam wyprzedzać. Nadal jest ciężko, ale znacznie lepiej niż na początku. Dobiegam do serpentyny – tym razem się jej nie dam. Pokonuję ją całą biegiem. Zaczynam sprint na stadion, jeszcze 2 zawodników przede mną, muszę ich wyprzedzić. Przyspieszam mijam ich kilka metrów przed nawrotką… tak, ale oni nie wbiegają na finisz… mają przed sobą jeszcze 5km. Wbiegam na ostatnią prostą na stadionie – wszędzie pełno kibiców. 100 metrów przed metą widzę Gosią z Olą przy barierkach. Zabieram małą i razem biegniemy do mety – mała aż piszczy z radości i macha kibicom. Wbiegamy razem na metę. Ola dostaje medal i krzyczy „Tato, tato mam medal” – warto było.

Z Olą na mecieCzas przestaje mieć znaczenie, są niesamowite emocje. 3h udało się złamać z zapasem 4 minut. Jest świetnie. Zasłużone piwo na mecie, czekam jeszcze na znajomych i całą paczką idziemy na zasłużony posiłek.

Przed startem znajomy mówił mi, że w Sierakowie nie ustanawia się życiówek, ale jest to miejsce, do którego co rok się wraca. Teraz i ja tak mówię. Sieraków 2015 już zarejestrowany i opłacony – mam rachunki do wyrównania z tymi górkami.

Comments

  1. Author Image By Filip

    Odpowiedz

  2. Author Image By Marcin

    Odpowiedz

  3. Author Image By Mike

    Odpowiedz

    • Author Image By Marcin

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *